Kiedyś obiecałam, że
napiszę jakiś sequel do opowiadania „Exspecta in exspecta” no i tak mnie
ostatnio tknęło na takie małe cuś, adekwatnie do świątecznego klimatu. :D Zatem wszystkim życzę wesołych świąt!
>>01<<
Święta
świąteczne.
- Nie.
- Ale dlaczego nie?
- Bo nie.
- To nie jest żaden argument!
- Powiedziałem nie!
- Aominecchiiiiiiii!
- Zamknij się, jeszcze sąsiedzi pomyślą, że
trzymam tu wilkołaka, kretynie.
- Nie mam nic wspólnego z wilkołakiem! –
oburzył się święcie Kise. – I wytłumacz mi, proszę ja cię bardzo, dlaczego
upierasz się jak osioł, skoro ja ci mówię, że to jest bardzo dobry pomysł.
- To jest kijowy pomysł i mówię nie.
- Nie bo nie! Argument godny małego
dziecka! – prychnął. – Wytłumacz mi to jasno i racjonalnie, bo nie rozumiem.
- Nawet wtedy nie zrozumiesz, ty w końcu
nie myślisz.
- Walnę ci, no jak mamę kocham, wezmę i ci
przywalę.
- Spróbuj szczęścia.
Kise nadął policzki i wbił spojrzenie w
plecy Aomine, który totalnie go olał i zajął się jedzeniem obiadu.
- Ale dlaczego, u licha, nie? – zapytał
twardo, siadając obok. - Przecież to takie sympatyczne święto. Wszędzie je obchodzą,
w Europie, nawet w Ameryce!
- Ale my jesteśmy w Japonii – mruknął pod
nosem, koncentrując się na tym, co miał na talerzu. Kise może i był wkurzającym
debilem, ale gotował naprawdę zajebiście…
- No i co z tegooo! – zajęczał, mając
ochotę uderzyć czołem w stół. Zero ducha radości w tym dupku.
- A to, że nie będziemy obchodzić jakiś
zagranicznych obrzędów – prychnął, zastanawiając się, czy może Kise nie
ugotował więcej tego mięsa z ryżem.
- Przecież to tylko głupie wręczanie prezentów.
– Wywrócił oczami z irytacją.
- Skoro głupie, to nie rozumiem, czemu
trujesz mi dupę, Kise.
- Bo lubię, kurna. – Aomine posłał mu
rozbawione spojrzenie, wstając i podchodząc do zlewu. Kise wbił w jego plecy
palące spojrzenie, które Daiki kompletnie ignorował.
- No weeeź, Aominecchi, przecież to będzie
takie fajne! Ugotuje coś, kupimy coś fajnego Tetsu, może nawet śnieg spadnie,
będzie super!
- Jesteś upierdliwy.
- Ty bardziej. No co ci, do cholery,
zależy? Przynajmniej Tetsu będzie miał radochę!
- Ty bardziej – burknął, szorując patelnie.
- Też, no ale weź pomyśl, jak się mały
będzie cieszył! I będzie tak rodzinnie, Aominecchi…
- Kise, daj żyć.
- No przestań, mam cię błagać? – Założył
buntowniczo ręce na piersi.
- No, mógłbyś klęknąć i w ogóle. – Posłał
mu paskudny uśmiech przez ramię, a Kise nadął się oburzony.
- Nienawidzę cię – wyburczał, przyciągając do
siebie gazetę z zamiarem ignorowania absolutnego osobnika w tym pomieszczeniu.
- Obrażona panienka – odezwał się po chwili
Daiki, płucząc pod wodą talerz.
- Sam jesteś panienka, dupku.
- Och, jakie komplementy, wzruszyłem się.
- Spadaj.
- Jesteś jak dziecko.
- Sam jesteś dziecko.
- Nie zachowuj się jak baba.
- Chyba ty.
- Cóż za elokwencja!
- Nie mów w moją stronę.
- Bo co?
- Bo cię nie słucham.
Aomine obrócił się w stronę Kise,
wycierając ręce w ręcznik i kompletnie nie hamując pełnego rozbawienia
uśmiechu.
- Ale z ciebie dzieciak, Ryouta – parsknął.
Kise prychnął pod nosem, osuwając się niżej
na krześle i chowając się całkowicie za gazetą.
- Kise, weź się ogarnij – prychnął, lecz
gazeta, którą się zastawił, nawet nie drgnęła. Co za upierdliwy gość… A on ma
stanowczo zbyt miękkie serce, stanowczo!
- Dobra, już dobra – burknął, wywracając
oczami. – Rób sobie, co tam chcesz. – Pokręcił głową, gdy zza gazety pokazała
się para roześmianych oczu.
Miękniesz, Daiki, warknął na siebie w
myślach, odwracając się tyłem do tej ogólnoświatowej radochy. Stanowczo zmiękła
ci dupa, nic tylko patrzeć jak ci cycki urosną i jajka uschną.
- Nee, Aominecchi – zagadnął Kise, patrząc,
jak Daiki przygotowuje kawę. – Tak sobie pomyślałem, że skoro już się
zgodziłeś, to przydałby nam się Mikołaj i…
- Zapomnij – uciął krótko i stanowczo,
klnąc na siebie w duchu.
- Ale ja nawet nie zdążyłem nic powiedzieć!
- Za-po-mnij!
- Ale…!
- Już wiem, co sobie pomyślałeś i mówię
nie! Tym razem nie zmienię zdania, choćbyś mnie po stopach całował – warknął,
zabierając swoją kawę i kierując się do salonu. Żeby czasem nie okazało się, że
zciecił się na całego. – Jak chcesz się w to bawić, to proszę bardzo, baw się,
droga wolna, ale mnie w to nie mieszaj. Skończyłem.
- Aominecchi jesteś najgorszy! – zajęczał.
~~*~~
Aomine powinien się nauczyć, że jeżeli daje
się Kise wolną rękę, to prędzej czy później będzie się tego żałować. I
zazwyczaj pada na „prędzej”… Nie inaczej było tym razem. Ryouta tak się zapalił
do pomysłu zorganizowania świąt, że wystarczyła mu niespełna godzina, by tym
wariactwem zarazić Tetsu. A to było równoznaczne z tym, że odwrotu już nie ma.
Perspektywa choinki, światełek, śniegu, Mikołaja i prezentów tak zawładnęła
wyobraźnią smarkacza, że nawet gdyby Aomine chciał przeciwko temu wszystkiemu
zaprotestować, nie byłby w stanie. Starał się więc z opanowaniem przetrwać
świąteczny huragan, jaki wtargnął do jego mieszkania. Hamował swoją irytację,
gdy Numer Dwa po raz czwarty strącił i zbił bombkę, gdy szczerzące się,
klauniaste twarze Mikołaja bombardowały go w każdym pokoju, gdy igły choinki
miał nawet we własnych gaciach, a szyby jego okien zostały umaziane białym
gównem imitującym śnieg i przypominającym gwiazdki. No nic tylko umierać, kulka
w łeb, Daiki i do piachu, bo zdrowy człowiek nie był w stanie tego znieść bez
trwałych uszczerbków na zdrowiu i psychice. Aomine bardzo starał się nie
wybuchnąć i modlił się do wszystkich bóstw, by „dzień świąt” w końcu nadszedł i
minął jak najszybciej, bo nie był pewien, ile jeszcze tak pociągnie. Nie
przypominał sobie, by kiedykolwiek wcześniej tak kochał przebywać w pracy, a to
o czymś świadczyło.
- Tetsu, bo przewrócisz tego badyla –
mruknął, przełączając kanały telewizyjne.
Kuroko, który wczołgał się między choinkę a
ścianę razem z samochodem i drepatającym za nim Numer Dwa, nawet nie
zareagował.
- Tetsu – powtórzył z większym naciskiem,
gdy choinka po raz kolejny zachybotała.
- Dai, kiedy pśyjdzie Mikołaj? – zapytał,
jeżdżąc samochodzikiem po podstawce choinki.
- Nie wiem, Mikołaj do mnie nie przychodzi.
- Czemu? Byłeś niegźećny? – spytał z
zainteresowaniem.
Aomine parsknął pod nosem.
- I to jak.
- Kisia mówi, że Mikołaj pśychodzi jak
jesteś gźećny. Ja jestem gźećny, prawda?
- Jak wyjdziesz spod badyla to tak –
mruknął, osuwając się na wersalce i gapiąc się bez celu na wiadomości. Nawet
tam panowała ta cholerna, świąteczna histeria, co za naród.
- Wyśłem! Ojej! Tetsiu zrzucił bombkę!
Daiki potarł pilotem czoło, nawet nie mając
siły się tak naprawdę wkurzyć. Po chwili rozległo się głośne pukanie do drzwi i
terkot dzwonka.
- Kisia! – zawołał ucieszony Tetsu. Daiki
wywrócił oczami wstając i otwierając drzwi. Tak właściwie nie wiedział, czy ma
się śmiać, czy po prostu umrzeć od ilości otaczającej głupoty.
- Ho, ho, czy są tu jakieś grzeczne dzieci?
– zawołał donośnie Mikołaj głosem wcaaale nie przypominającym głos Kise.
Stojący na środku pokoju Tetsuya, przez
chwilę gapił się na przebranego za Mikołaja Kise. Gdy ten postąpił krok w jego
stronę, Tetsu z kwikiem podskoczył i schował się za wersalką przy radosnym
ujadaniu Numeru Dwa.
Aomine posłał Kise pełne pobłażania
spojrzenie.
- Spadaj – mruknął do niego Kise i zbliżył się
do łóżka. – Chyba widziałem tutaj jakieś grzeczne dziecko!
- Nie ma! – zawołał zza wersalki malec.
- Tetsu, wyłaź – odezwał się Daiki.
- Nie chcię!
- Przecież chciałeś, żeby przyszedł
Mikołaj.
- Nie cięęęęęęęę!
- Oi, oi, no wyłaź smarku. – Zbliżył się do
wersalki. Im wcześniej to wszystko się skończy, tym lepiej dla niego. –
Przecież cię nie zje. – Wyciągnął w jego stronę rękę.
- Źje – powiedział z zapałem chłopiec, ale
złapał jego dłoń i uwiesił się na niej, dopóki Daiki nie wziął go na ręce.
Takie to to małe, a zaraz go udusi
normalnie, wywrócił oczami, gdy Tetsu ciasno objął jego szyję.
- Patrz, Numer Dwa się nie boi Mikołaja.
I faktycznie, piesek, który najwyraźniej
poznał Kise, skakał koło niego radośnie i łasił się. Tetsu spojrzał nieufnie w
kierunku gościa.
- Mikołaj słyszał, że mieszka tu grzeczny
chłopiec i dlatego przyszedł – odezwał się Kise. – Bo chyba jesteś grzecznym
chłopcem? Ten tutaj – wskazał na Aomine – nie wygląda mi na grzecznego.
- Jak się Mikołaj nie zamknie, to zarobi
kopa w tyłek – sarknął Daiki, a Tetsu zachichotał, przyciskając policzek do
policzka Aomine.
- Ho, ho! Dla takich gagatków Mikołaj ma
rózgę! – I faktycznie, Kise pogrzebał w wielkim worze, który tachał przy sobie
i po chwili rzucił w Daikiego rózgą.
- Kolejny badyl? – Wywrócił oczami, dając
rózgę Tetsu.
- Do bicia po tyłku niegrzeczne dzieci!
- Ach tak? – Szeroki uśmieszek wypłynął na
usta Aomine.
- Kopnę cię zaraz – warknął Kise, po czym
odchrząknął. – To co, mieszka tu Tetsu? Bo mam dla niego prezenty.
Kuroko, który wyglądał na przekonanego,
pokiwał głową. A to, co nastąpiło potem, przeszło najśmielsze oczekiwania
Aomine. Ilość pisków, kwików, śmiechów i walającego się wszędzie papieru była
wprost zastraszająca. Daiki przez chwilę przyglądał się temu małemu
pandemonium. Szalejącemu Tetsu, który nie wiedział, którą zabawką ma się
pierwszą bawić, Numerowi Dwa, który latał z papierami w pysku i rozwalał je po
całym mieszkaniu i temu cholernemu Kise (który wrócił już do bycia samym sobą),
czerpiącemu z tego wszystkiego taką samą radochę jak pozostała dwójka.
Z westchnieniem odwrócił się w stronę okna.
Czemu temu Kise zawsze wszystko musiało wychodzić? Nawet ten cholerny śnieg
zaczął sypać i wszystko na zewnątrz pokryte było grubymi, białymi czapami…
- Co za psia pogoda – warknął pod nosem,
gdy jakiś czas później we czwórkę wyszli na dwór.
- Marudzisz, jest super! – zawołał Kise,
dołączając do Tetsu i Numer Dwa, którzy szaleli już na śniegu.
Przedszkolankę z niego zrobili, do licha,
co jeden, to gorszy.
- Kurwa! – zaklął, gdy kulka śniegu rozbiła
się na jego głowie. – Który to?
- To nie my! – zachichotał Kise, unosząc
obronnie ręce.
- To Tetsiu, Tetsiu! – zawołał Kuroko, wskazując
na hasającego po zaspach psiaka.
- Uważajcie, bo wam uwierzę – prychnął,
pochylając się i zagarniając w dłonie śnieg. I tak właśnie rozgrzał regularna
bitwa na śnieżki.
Daiki zawarczał, gdy kulka rzucona przez Kise
trafiła idealnie w jego twarz. Jednym szybkim ruchem ruszył w jego kierunku i
dopadł go, zanim Ryouta w ogóle zdążył zebrać się do ucieczki.
- Nie zabijaaaj! – zawył, osłaniając twarz
dłońmi.
- Błagaj o litość – nakazał Aomine, siedząc
na Kise i lepiąc wielką kulkę ze śniegu.
- Oszczęęęęędź!
- Za takie rzeczy należy się kara –
poinformował twardo, pochylając się nad Kise z szerokim, niebezpiecznym
uśmiechem. Kise zerknął spomiędzy palców i zaśmiał się pod nosem.
- Nie mówiłem, że to fajny pomysł? –
zauważył.
- Od czasu do czasu nawet takim głąbom jak
ty coś wychodzi – przyznał, parskając pod nosem, gdy Kise nadął się obrażony. –
Ale niech ci już będzie.
Kise przez chwilę patrzył w błyszczące oczy
Aomine, czując, jak drażniący dreszcz przebiega mu po kręgosłupie od siły tego
spojrzenia. Już myślał, że za chwilę za ciepłym oddechem na twarzy podażą usta,
gdy został bardzo brutalnie sprowadzony na ziemię. Lodowaty śnieg po prostu go
topił!
- Aominecchi, ty dupku! – wydarł się, gdy
udało mu się wypluć całą tonę śniegu, którą wpakował w niego Daiki. Zanosząc
się śmiechem i nie oglądając się na niego, Aomine podszedł do Kuroko i szybkim
chwytem podniósł chłopca w górę, przerzucając go przez ramię przy wtórze jego
szaleńczego śmiechu i głośnych szczeknięć psa.
Kise westchnął i uśmiechnął się sam do
siebie. No przecież od początku mówił, że to jest takie fajne święto.