PART
4
- Co ty nie powiesz – odpowiedział Kagami,
nie odrywając wzroku od ekranu komputera.
- Same analizy i wykresy. Na cholerę ona
zajmowała się tyloma rzeczami? – westchnął ciężko.
- Nie mam pojęcia – ziewając nacisnął
przycisk drukowania, po czym wstał przeciągając się. – Z tego, co
wywnioskowałem z jej zapisków i z tego, co udało mi się wygrzebać - zaczął,
podejmując spokojny spacer po mieszkaniu – Tokage było kiedyś małą, niewiele
znaczącą firmą. Kilka razy zmieniał się zarząd i tak dalej, aż w końcu firma
zaczęła kwitnąć, przynosić dochody aż wyrobiła sobie niezłą pozycję.
- Mhym. Z tego, co mi mówią te wszystkie
kwiatki tutaj – mruknął Daiki – podobnie było z tym szpitalem. Najpierw należał
do państwa, ale źle mu się wiodło, potem przechodził z rąk do rąk aż w końcu
jego słupki zaczęły rosnąć. Zacząłem czytać o jednej z fabryk i mam przeczucie,
że będzie podobnie.
- Nie sądzisz, że to ma związek? Tak
właściwie Tokage jest dość rozdrobnioną firmą, ma dużo filii i oddziałów
zajmujących się różnymi rzeczami.
- Tylko co ma firma komputerowa do apteki?
Bo z tego, co widzę przemysł farmaceutyczny też tutaj mamy. – Z uniesioną brwią
przekładał strony.
- Nie wiem – burknął Taiga, wyciągając
kartki z drukarki i przysiadając na łóżku. – Znalazłem kolejny projekt, który
był na karcie – dodał, kładąc się na plecach i zakrywając twarz kartkami. –
Zapracowana była ta twoja koleżanka.
- Taa, Satsuki zawsze cierpiała na
chroniczny przerost ambicji – parsknął.
- Długo się znaliście?
- Mhym, od dziecka.
- Jakoś nie wyglądasz na specjalnie
załamanego jej śmiercią – zauważył.
Spojrzenie Aomine oderwało się od
trzymanych przez niego zapisków i wbiło się w leżącego obok mężczyznę.
- To, że nie beczę po kątach jak
niedoruchana płaczka, nie znaczy, że nie zapierdole gnoja, który to zrobił –
powiedział wolno i zimno, wracając do czytanych papierów.
Kagami wzdrygnął się. Chociaż nie raz ganił
się za taką głupią reakcję, to nie mógł nad nią zapanować. gdy głos tego
kretyna przybierał te stalowe nuty, które wróżyły jedno – Aomine jest poważny i
zamierza spełnić swoją groźbę w najbardziej okrutny sposób.
Taiga nie raz się zastanawiał, kto dał
Aomine odznakę. Przecież ten dupek był chory psychicznie, powinien się leczyć
na głowę! Tak zwichrowanej osoby Kagami jeszcze nie poznał. Niby policjant, ale
miał w dupie wszystkie zasady, reguły i normy prócz tych, które sam sobie
wydumał. I na pewno nie miały one nic wspólnego z ogólnoprzyjętą praworządnością.
Dla normalnych ludzi Daiki nie miał żadnych zasad ani hamulców. Nie żeby mu to
przeszkadzało, sam grał według własnych reguł i sam sobie był panem, tyle że to
nie on był tym po jasnej stronie mocy, upraszczając. Kto z tym bucem w ogóle
wytrzymywał?
Fakt, Kagami też nie należał do osób
najłatwiejszych w obejściu, ale przynajmniej starał się panować nad sobą. W
każdym razie od czasu, gdy okazało się, że ma problemy z panowaniem nad
agresją. To psycholog, pod którego opieką się kiedyś znajdował, nakazał mu
pracę nad sobą i tak zostało mu do dziś. Tamten okres w ogóle nie należał do
najłatwiejszych i Taiga był niczym chodząca, tykająca bomba. Poparzenia, których
doznał w wyniku pożaru goiły się jak na psie, jednak był to proces długotrwały,
a do tego dochodziła rehabilitacja potrzaskanej nogi i to wszystko doprowadzało
go do białej gorączki. Psycholog, który z nim wtedy pracował, nie miał łatwej
roboty, a Kagami nigdy potem nie wrócił do swojej pracy, nie pozwolili mu.
Wskaźnik jego agresji i potrzeby ryzyka, lawirowania na najcieńszej granicy,
był zbyt wysoki, by dano mu zielone światło. I z tym musiał się pogodzić.
Znalazł sobie więc inne zajęcie, lepsze, pozwalające mu na ryzyko takie, na
jakie akurat miał ochotę i nikt nad nim nie stał, nikt go nie pouczał, nikt nie
zabraniał, sam był sobie panem…
Aomine oderwał się od czytania, spoglądając
na pochrapującego partnera. Tak właściwie Daiki zastanawiał się, kiedy ten głąb
padnie i w końcu okaże się, że nie jest pieprzonym robocopem. Chociaż jak
pamiętał, Taiga nie potrzebował zbyt wiele snu, kilka gównianych godzin albo
drzemka i ten robot znowu był na chodzie.
Oderwał od niego wzrok na powrót skupiając
się na dokumentach. Firma farmaceutyczna prosperowała całkiem nieźle, od dwóch
lat była jednym z głównych koncernów zaopatrujących apteki i szpitale oraz
prowadziła zagraniczne wysyłki. Całkiem ładne cacko znoszące złote jaja, to
trzeba było przyznać. Potem wielki koncern techniczny rozdrobniony na
pomniejsze fabryczki produkujące części komputerów, samochodów i innych dziwnych
sprzętów elektronicznych, a nawet części zbrojenia wojskowego. Czemu Satsuki
zajmowała się tym wszystkim i akurat to uznała za słuszne, by przekazać
policyjnym agentom? Z raportu grupy zajmującej się sprawą Tokage wynikało, że
chcieli zbadać liczne pogłoski dotyczące produkcji oprogramowań sprzedawanych
nielegalnie. Skoro są takim gigantem to po co im sprzedaż na czarnym rynku?
Jeżeli jednak faktycznie pracują nad jakimś wirusem czy innym gównem, to po co
im on, skoro sami obstawiają blisko pięćdziesiąt procent rynku komputerowego?
Fakt, że jednak to robią jest chyba jedynym wyjaśnieniem, ale skąd tak
agresywne działania jak zabójstwo Satsuki? Jeżeli wiedzieli, że jest wtyką są
przecież inne, lepsze metody perswazji, zwłaszcza, że Satsuki należała do
geniuszy analitycznych i była raczej cennym nabytkiem.
Ech,
kurwa, jakie to wszystko popierdolone, westchnął Aomine ze znużeniem.
I dlaczego, do licha, sam się nad tym głowi?
Spojrzał na śpiącego spokojnie Kagamiego,
którego twarz w dalszym ciągu przykryta była zadrukowanymi kartkami. Jego
klatka piersiowa poruszała się jednostajnie w górę i w dół, a wraz z nią leżące
na torsie ręce. Silne, mocne ręce, które boleśnie potrafiły uderzać, jak i
robić zupełnie inne rzeczy… Na samą myśl po kręgosłupie Aomine przeszedł
drażniący dreszcz, a jego usta rozciągnęły się w przewrotnym uśmiechu.
Przesunął się, odkładając na bok dokumenty
swoje i Taigi. Pochylił się nad nim i wymruczał do jego ucha:
- Nie śpimy, cukiereczku.
Kagami wydał z siebie pomruk, odsuwając się
nieznacznie. Daiki z trudem stłumił śmiech, kładąc dłoń na jego brzuchu i
wsuwając ją pod materiał bluzki.
- Wstajemy, królewno, robota czeka.
- Spierdalaj – wymamrotał, a Aomine zaśmiał
się pod nosem, dłonią sunąc po ciepłej skórze i krzywiźnie mięśni.
- Ach, rozumiem, potrzebny dobry seks na
pobudkę. To da się załatwić… - Dłoń powędrowała w dół, przez chwilę drażniąc
się ze skórą na granicy spodni, a potem zsunęła się jeszcze niżej. Silny chwyt
zatrzymał jej wędrówkę, a pociemniałe, twarde spojrzenie wbijało się w Aomine.
- Czyżbym obudził? – zamruczał Daiki z
szerokim uśmiechem.
- Mówiłem, że masz mnie nie dotykać –
powiedział Kagami nieco ochrypłym po śnie głosem, puszczając jego nadgarstek.
- Jakoś nie pamiętam – stwierdził, a dłoń
na powrót spoczęła na twardym brzuchu.
- Lepiej sobie przypomnij, było tam coś o
połamaniu ci kości – wycedził, mrużąc oczy i ignorując drażniącą go rękę.
- Hęę? Jesteś pewien, że akurat na to masz
ochotę? – wymruczał, pochylając się nad nim z jaśniejącymi oczami. Mierzyli się
spojrzeniami, a nieco szalony uśmiech Aomine poszerzył się, gdy w oczach
Kagamiego zapalił się blask tłumionej żądzy.
- Zabierz rękę. Albo ją złamię – powiedział
wolno i spokojnie Taiga, nie odrywając wzroku od oczu Aomine. Głębokich,
aroganckich i pokręconych, ciemniejących od pożądania, które sam zaczynał
odczuwać. Zapierdoli go…
- Nie umiesz się bawić, cukiereczku, kiedyś
szło ci lepiej.
- Kiedyś nie wylądowałem przez ciebie w
ciupie.
- I tu cię boli? – Uniósł ironicznie brew.
- Zajebiście wkurwiająco, cwelu – parsknął
z drwiną, podnosząc się do siadu. – Ciebie by nie wkurwiało?
- Pewnie zajebałbym gościa – stwierdził,
udając głębokie zamyślenie.
- Zatem ciesz się, że żyjesz… - Z trudem
powstrzymał wzdrygnięcie, gdy Aomine podniósł się błyskawicznie, niemal
przywierając do niego.
- To raczej ty się ciesz, że jestem
cierpliwy… - Na wpółprzymknięte oczy błyszczały niepowstrzymanym ogniem,
pełne dzikiego obłędu, a rozciągnięte w
uśmiechu usta aż prowokowały, by się z nimi zmierzyć. Dłoń na plecach Kagamiego
paliła go w skórę nawet przez materiał bluzki.
- Po moim, kurwa, trupie. – Nieprzyjemny
uśmiech wykrzywił usta Taigi.
- Nie wiedziałem, że lubisz takie zabawy. –
Brew Aomine powędrowała w górę w prześmiewczym geście. Ręka Taigi złapała go za
koszulę i szarpnęła.
- Wiele jeszcze nie wiesz, wierz mi –
mruknął, szczerząc zęby w uśmiechu. Gwałtowny, szybki dreszcz przeszył
kręgosłup Aomine wprawiając go w mroczne podniecenie.
- Nie mogę się doczekać.
~~*~~
Mimo że jasny korytarz niemal lśnił od
czystości w powietrzu nie czuło się typowego dla szpitala zapachu. W każdym
razie nie tak intensywnego. Standardowa biel i zieleń zostały zastąpione
odcieniami beżu i moreli nadając całości przyjemnego ciepła. Nawet chorzy
pojawiający się od czasu do czasu na korytarzach byli jakby bardziej radośni.
- Wczoraj odwiedził mnie wnuczek –
opowiadała starsza kobieta z uśmiechem na twarzy – będą mieli dziecko. Rozumie
pan? Mój pierwszy prawnuk, jestem taka szczęśliwa!
Przeprowadzający obchód Midorima Shintarou
pokiwał głową, uzupełniając kartę pacjentki oraz własne notatki.
- Również się cieszę, a jak się pani dziś
czuje, pani Kotaro? – Zerknął uważnie na kobietę.
- Ech, a jak ma się czuć stary człowiek
przykuty niemal do łóżka, chłopcze? – parsknęła śmiechem.
- Proszę spróbować ocenić w skali od jeden
do dziesięciu – poprosił, uśmiechając się uprzejmie.
- Miły panie, nawet samopoczucie na
dziesięć nie zmieni tego, że serce już nie to, a nogi nie chcą nosić!
-
Pani Kotaro, nastawienie to czasem połowo sukcesu.
- Ach, tak, tak, wiem, mój drogi –
uśmiechnęła się. – Zapisz tam sobie, chłopcze, osiem, dziś jakby mniej mi serce
dokucza, a do tego wiadomość wnuczka bardzo poprawiła ma nastrój.
Midorima pracował w zawodzie lekarza od
kilku ładnych lat i nauczył się już, jak skutecznie wśród ludzkiej paplaninie
uzyskać interesujące go informacje. Nie nastręczało mu to trudności, obcowanie
z ludźmi będąc lekarzem było wręcz na porządku dziennym, trzeba tylko nauczyć
się tego, że ludzie, zwłaszcza ci chorzy, spędzający całe dnie w szpitalnych
salach, mają ogromną potrzebę rozmowy i zwierzeń. Oczywiście trudno wyzbyć się
typowo ludzkich odruchów współodczuwania, jednak jeżeli zbyt mocno będzie się
angażowało w sprawy pacjentów, które mało są związane z pracą, to ciężko
utrzymać się w tym zawodzie. Zbytnia empatia nie popłacała w tym przypadku.
Midorima nigdy nie należał do osób zbyt
empatycznych, całkowicie pochłonięty nauką i wykorzystywaniem swojego
potencjału, nie miał czasu na niepotrzebne wchodzenie z ludźmi w interakcje.
Nie sprawiały mu więc problemu obchody wśród pacjentów i łatwo przychodziło mu
lawirowanie między uprzejmym zainteresowaniem a wyciąganiem z tego gąszczu
informacji tych, które były dla niego istotne.
- Kiedy się panu pogorszyło? – spytał,
marszcząc brwi i wbijając uważne spojrzenie w młodego mężczyznę leżącego na
łóżku.
- W nocy – odpowiedział niewyraźnie,
przymykając i zanosząc się kaszlem.
- Rozumiem… - mruknął, podchodząc do niego
i przez kilka dłuższych chwil badając jego brzuch.
- Doktorze… czy to normalne, że przy
zapaleniu płuc tak boli żołądek? – wychrypiał.
- Być może to od silnej dawki leków –
stwierdził, zapisując coś w swoich notatkach. – Zmienimy podawanie leków na
kroplówkę, powinno pomóc.
Mężczyzna pokiwał głową, zamykając zmęczone
oczy. Midorima w ciszy opuścił pokój, który był ostatnim na liście obchodów.
Porządkując swoje notatki, skierował się w stronę windy, która po kilku
chwilach zatrzymała się i rozsunęła drzwi. W środku było już kilka osób,
głównie odwiedzający swoich członków rodziny. Gdy winda zjechała na poziom
zero, wysiedli wszyscy prócz Shintarou. Nacisnął on guzik z „-1” i winda
ponownie ruszyła w dół. Podążając wzdłuż chorobliwie wręcz białego korytarza,
mijał pozamykane drzwi laboratoriów. Zatrzymał się przy tym z numerem sześć i
uderzając trzykrotnie w stalowe drzwi wszedł do środka. Zapach detergentów i
środków chemicznych był uderzający. Midorima podszedł do dwóch mężczyzn
segregujących analizy i położył na blacie swojej notatki.
- Skończyłem swój obchód, tu macie wszystko
zapisane.
- Jasne, dzięki. - Kiyoshi Miyaji kiwnął
głową.
- I chyba przesadziliście z dawką dla
faceta spod szesnastki. Jak tak dalej pójdzie, to nie wytrzyma mu trzustka.
Blondyn spojrzał na niego uważnie.
- Już wczoraj zmniejszyliśmy dawkę.
- Więc zróbcie to znowu. – Wzruszył
ramionami. – A najlepiej nich przyjmuje kroplówki, odciąży to układ trawienny.
- Jasne, jasne – mruknął, notując sobie to
na kartce i przyklejając ją do notatek Midorimy.
- A kobieta spod dziesiątki weszła w fazę
remisji – rzucił na odchodnym, kierując się do wyjścia. Nim zamknął za sobą
drzwi usłyszał jeszcze głośne przekleństwo.
- Kurwa, kolejne trupy, co za gówno.
Midorima Shintarou nigdy nie należał do
osób empatycznych i niewiele go interesowali inni ludzie. Dużo bardziej wolał
poświęcać swój czas nauce, ona była jedyną rzeczą, która potrafiła pochłaniać
go bez reszty, a jemu było wciąż mało i mało. W końcu tyle jeszcze można było
zrobić, tyle odkryć, tyle jeszcze można było poznać. A jego chłonny mózg, który
kodował absolutnie wszystko, potrzebował wciąż i wciąż nowych bodźców, nowych
zadań, które mógłby realizować. Szpital Chintzusai jak najbardziej spełniał
jego wymagania.
~~*~~
Popijając parującą kawę, Aomine przez
chwilę przyglądał się Kagamiemu. Mężczyzna stukał miarowo ołówkiem o blat,
gapiąc się znudzonym wzrokiem w ekran komputera.
- Zastanawia mnie jedna rzecz – zaczął
Daiki, marszcząc brwi i uznając, że mógł sobie darować cukier do trzeciej z
kolei kawy. – A właściwie nie, ja chcę to wiedzieć. Kto jest właścicielem tego
całego Tokage Company?
Taiga obrócił się na krześle w jego stronę
i przez chwilę patrzył na niego ze skupieniem na twarzy.
- Ciężko stwierdzić, mówiłem, że firma jest
dość rozdrobniona, ma wielu przedstawicieli…
- Oni mnie nie interesują – przerwał mu. –
Chcę wiedzieć, do kogo to wszystko należy. Kto to kupił, kto decyduje o
działaniach firmy, kto jest, krótko mówiąc, na szczycie tego łańcucha
pokarmowego.
- Daj mi chwilę, zaraz się tego dowiem. –
Kagami obrócił się do komputera. Przez kilka minut w pomieszczeniu słychać było
tylko szybkie klikanie klawiszy. Aomine popijał spokojnie swoją kawę, a to, na
co wpadł coraz mniej mu się podobało i coraz mniej to rozumiał. Ale jeżeli jego
przeczucia były słuszne, byli o krok dalej w tej gównianej sprawie. W każdym
razie będą mogli robić coś więcej niż tylko ślęczenie nad tymi pieprzonymi
papierami ćpając kawę w hektolitrach.
- Znalazłem – odezwał się Taiga, wyrywając
Aomine z ponurych rozmyślań. – Właścicielami było kilka osób, ale one są nie
ważne tak właściwie. Nas interesuje Akashi Seijuro.
- Ten biznesmen? – Daiki zmarszczył brwi.
- Ten sam. Data przejęcia przez niego
Tokage pokrywa się ze wzrostem przychodów w firmie.
- Rozumiem, sprawdź, do kogo należy Szpital
Chintzusai – polecił.
Taiga zerknął na partnera, którego oczy były
skupione i nieprzeniknione.
- Myślisz, że… - odezwał się, zaczynając
pojmować, do czego zmierza Daiki.
- Sprawdź.
Bez słowa skupił się na komputerze. A im
więcej się dowiadywał, tym większe było jego zdumienie.
- Szpital też należy do niego. Sprawdziłem
też resztę, koncern farmaceutyczny i techniczny też są jego.
Aomine oparł się o ścianę w zamyśleniu
stukając kubkiem w policzek.
- I co nam to mówi?
- Że mamy winnego?
Daiki parsknął śmiechem.
- To nam nadal gówno mówi. Ale jakiś
związek między tym jest i nie wydaje mi się to dziełem przypadku.
- No raczej. Ale przypuszczam, że nie
dostaniemy się do niego, by uciąć sobie jakąś miłą pogawędkę, czy jest zabójcą
czy może nie jest – uśmiechnął się ironicznie.
- Nie ma szans – Daiki pokręcił głową – ma
jakieś dojścia w rządzie i dlatego jest tak znany i na pewno ochraniany. Ale
chciałbym się mu przyjrzeć, hm…
- To kup sobie gazetę, tylko się za bardzo
nie podjaraj – parsknął z drwiną. Usta Aomine wykrzywiły się w uśmieszku.
- Obciągam sobie tylko do twoich zdjęć,
kochanie.
- Jebany zbok.
- Do usług. Ale wiem, niedługo ma być
jakieś przyjęcie charytatywne czy cholera wie co, same szychy i takie tam.
- Skąd wiesz?
- Szefu bluzgał, że znowu trzeba obstawiać
dupy obesrańcom w rządzie – parsknął śmiechem. – Tylko jak się tam dostać, jak
to zamknięta imprezka?
- Kapitan nie może załatwić ci zaproszenia
na tę zabawę?
- I jak to wytłumaczy? Zresztą ja chcę być
tam incognito, na cholerę mam rozgłaszać na prawo i lewo, że jestem gliną? Żeby
mnie zajebali na najbliższym zakręcie? Dzięki, postoję.
- I raczej wątpię, by ktokolwiek chciał ci
się zwierzać.
- Dokładnie. Hm…
- Chyba wiem, jak możemy sobie z tym
poradzić – zaczął z wahaniem Kagami. – Tyko za chuj mi się to nie podoba.
- To znaczy?
- Mam takiego znajomego… - Prychnął ze
złością. - To znaczy znam pewną wredną, interesowną gnidę, która mogłaby nam
załatwić i zaproszenia, i wejście na tę uroczą imprezę.
- Aha, tylko czemu wyglądasz, jakby cię
ktoś zmacał a nie wyruchał? – spytał z rozbawieniem.
Kagami posłał mu wkurzone spojrzeniem.
- Bo jest takim samym gnojem jak ty –
warknął.
- Też cię wsadził do ciupy?
- Nie, debilu, te urocze metody nadal
należą tylko do ciebie. On jest cholernie interesowny, nie robi niczego za
darmo, tylko za przysługi.
- A co w tym takiego złego? Każdy robi
teraz coś za coś. – Wzruszył ramionami.
- Tylko nikt nie prosi o takie zjebane
rzeczy jak on – prychnął. – Kretyn ma wszędzie dojścia, założę się, że połowa
społeczeństwa ma u niego jakieś długi, kurwa.
- A czym on się zajmuje?
- Podrabianiem papierów.
__________
H.:
Nauka zabije mi mózg i niedługo już nic mi nie zostanie, a już najgorzej, jak
człowiekowi chce się pisać. Świat taki niesprawiedliwy, chlip. A AoKagoszki są
takie straszne, że ja nie wiem, czy z nimi wydolę. Q__Q