Soraski
za to, co poniżej. ^^” Ale po prostu przez to, że moje AoKaga jest takie oporne
i zwierzakowate zabrakło mi cukru we krwi i tak oto stworzyło się to. Słodkie
cukieraski, ot co. <3 I tak aby moje sumienie było czyste, poniżej jest
stanowczo +18 więc wiecie, co robić, chociaż ja i tak wiem, że nie zrobicie, bo
sama bym nie zrobiła, także tego, hahaha. :D
Można
sobie słuchać do tego , bo ja tak robiłam jak pisałam.
A
dla tych, co czekają na AoKise mała informacja – pisze się. :D
No,
to z dedykacją dla wszystkich, którzy lubią AoKagowe cukry. XD
~~*~~
Kagami wyrwał się ze snu, tocząc wokoło
nieprzytomnym spojrzeniem. Deszcz. Padał deszcz. To jego głośny stuk o parapet
go obudził. Zerknął w stronę okna. Niebo było stalowoszare, a ściana deszczu
zacinała nieubłaganie. To właśnie przed deszczem uciekli. Właśnie…
Zerknął na ramię przerzucone przez jego
brzuch, po czym przeniósł wzrok w bok. Twarz Aomine wciśnięta była w poduszkę,
a zmierzwione włosy sterczały we wszystkie strony. Kagami westchnął,
zastanawiając się, jak to się w ogóle stało. To znaczy to, że Daiki leżał teraz
obok było dość jasne. Trenowali razem przez ładnych kilka godzin i dopiero
deszcz przegonił ich z boiska, a gdy wykończeni padli na łóżko w mieszkaniu
Kagamiego po prostu odpłynęli. Nie, to było jasne. Kagamiego bardziej
zafrapował fakt poważniejszej natury. Jak to się stało, że obecność Aomine tuż
obok, w jego własnym łóżku, nie przeszkadza mu? Że nie przeszkadza mu ręka
zaborczo obejmująca go w pasie, że nie przeszkadzają mu nie jego ubrania
walające się po mieszkaniu, że nie przeszkadza mu, iż ktoś wyżera mu jedzenie z
lodówki, że nie przeszkadza mu fakt, że go wkurza, że wyciska z niego siódme
poty na boisku, że z nim jest w dzień i w nocy…
Taiga syknął pod nosem, ganiąc się za
głupie, żenujące myśli.
- Gdzie idziesz? – rozległo się zaspane
pytanie, gdy Kagami próbował się podnieść, jednak silne ramię nie pozwoliło mu
na to.
- Do kibla, ośle – prychnął. – Puść mnie.
Tylko na chwilę ręka zacisnęła się mocniej,
jakby chciała dać do zrozumienia, kto tu rządzi, po czym zniknęła, pozwalając
mu wstać.
Kagami wywrócił oczami podnosząc się z
łóżka i kierując się do łazienki. Cholerny kretyn. Aomine miał jedną, irytującą
wadę – uwielbiał manifestować to, że jest posiadaczem. A Taiga stanowczo nie
był niczyją własnością. Nawet, jeżeli lubił z nim grać, drażnić się, jeść, czy
spędzać noce…
Aomine wkradł się w jego dość samotnicze
życie niemal niepostrzeżenie. Jak jakiś cholerny parch, który atakuje znienacka
i jak się go w porę nie pozbędziesz, to się rozrasta i rozrasta, aż w końcu
ciężko sobie z nim poradzić. A zaczęło się tak niewinnie. Wspólne treningi
przecież nie były niczym złym. To, że są dla siebie najlepszymi rywalami, wręcz
obligowało do tego, by poprzez wspólną walkę stawać się coraz lepszymi. I
chociaż wtedy Seirin wygrało z Touou, to Taiga nie był na tyle głupi, by
sądzić, że od teraz już zawsze będzie lepszy. Nigdy. Daiki wciąż i wciąż był
przed nim, z każdym swoim zwycięstwem pokazywał mu to. I chociaż szala
zwycięstwa zawsze przechylała się to ku jednemu, to ku drugiemu, to Kagami
wiedział, że wystarczy dosłownie chwila nieuwagi, a zostanie daleko w tyle. A
na to nie mógł sobie pozwolić. Nie wiedział tylko kiedy coś się zmieniło. Kiedy
normalnym stało się, że Daiki zawsze czeka pod jego mieszkaniem, że po treningu
zawsze jedzą u niego, że Aomine u niego nocuje, że Aomine śpi w jego łóżku, że
Aomine sypia z nim… Uuh, chyba coś w tej wspólnej rywalizacji poszło nie tak.
Ale Taiga skłamałby, gdyby powiedział, że
mu z tym źle. Nie było mu źle. To ciężkie do przyznania, ale odpowiadało mu to,
chciał tego. Z jakiegoś powodu, z całego tego trenowania, z całej tej walki z
Touou o to, by grając Daiki czuł to co kiedyś, Kagami czuł się do niego, o
zgrozo, przywiązany. Wiało by nudą, gdyby nie miał go kto wkurwiać, gdyby nie
miał kto pokonywać go na boisku, by zmuszać do coraz cięższych treningów, gdyby
nie było kogoś, kto kochałby koszykówkę tak mocno jak on…
Szurając stopami, Kagami wrócił do pokoju.
Owinięty kocem Aomine spał w najlepsze i najwyraźniej ani myślał się ruszać. On
sam też niespecjalnie miał ochotę cokolwiek robić; padający za oknem deszcz
działał na niego usypiająco. Położył się na powrót na łóżku, czując zmęczenie w
każdej możliwej komórce ciała. Ale to było dobre zmęczenie, dające satysfakcję.
- Coś ty robił w tym kiblu? – mruknął
Aomine, obracając się w jego stronę.
- Gówno, do cholery – warknął.
Wywrócił oczami, gdy Daiki parsknął
śmiechem pod nosem. Zerknął na niego i poczuł, jak dreszcz spływa po jego
kręgosłupie i kumuluje się poniżej pasa. Usta Aomine rozciągnięte były w
uśmiechu, a na wpółprzymknięte oczy jaśniały więcej, niż jednoznacznie.
Brakowało mu tylko ogona, którego koniec poruszałby się leniwie, jak polującemu
drapieżnikowi, który zwietrzył swoją ofiarę.
- Nawet o tym nie myśl – uprzedził, a
uśmiech Aomine tylko się poszerzył.
- Nie wiem, o czym myślisz ty, ale to, o
czym myślę ja powinno ci się spodobać – stwierdził.
- No właśnie szczerze wątpię – prychnął i
warknął głośno, gdy Aomine podniósł się z poduszki.
- A mnie się wydaje, że będziesz błagał o
więcej – wymruczał, pochylając się nad jego ustami z aroganckim uśmieszkiem.
- Chciałbyś – sapnął, czując jak ręce
chłopaka zakradają się pod jego bluzkę. Usta Aomine dotknęły jego brody i
przesunęły się wolno po jego szczęce, aż musnęły ucho, a język wślizgnął się do
środka. Zaśmiał się, gdy Taiga syknął, odsuwając się.
- Zmuszasz mnie, żebym się bardzo postarał
– wyszeptał, przesuwając językiem po wrażliwej skórze za uchem.
- Zabierz ręce – nakazał Kagami.
- Ktoś mi mówi, że to nie jest dobry pomysł
– stwierdził z zadowoleniem, gdy jego dłoń spoczęła na pobudzonej męskości
Taigi.
- Dzień bez ruchania, dniem straconym? –
parsknął ironicznie śmiechem, jednak poruszył biodrami, co Aomine przyjął z
pomrukiem aprobaty.
- Nie będę się spierał. – Pochylił się nad
nim z szerokim uśmiechem, poruszając dłonią w górę i w dół sprawiając, że
oddech Kagamiego stawał się coraz cięższy.
- Ale zawsze możemy się po prostu kochać –
zamruczał, dotykając wargami jego ust w leniwej pieszczocie.
Czując, jak rozpala go gorączka, Kagami
spojrzał w oczy Aomine, które błyszczały pożądaniem, rozbawieniem i czymś,
czego Kagami nie potrafił nazwać, ale instynktownie wiedział, co to jest, bo
sam też to czuł. To, co zwykle robili, ciężko nazwać „kochaniem się”, ale… ale…
- Ty…
- Wzdychaj dla mnie ładnie, Taiga i nie
gadaj – wyszeptał, przylegając do jego ust. Powolny, zmysłowy pocałunek
sprawił, że gorące, duszne pożądanie ogarnęło Kagamiego. Języki ocierały się o
siebie leniwie, a dłonie wędrowały po znanych sobie ciałach. Biodra Kagamiego
unosiły się i opadały, a coraz bardziej żarliwe pocałunki trwały i trwały.
Wsunął dłoń za spodnie Aomine, a ten sapnął w jego usta. Niebieskie,
pociemniały oczy spotkały się z jego własnymi, a napięcie, które między nimi
panowało, kumulowało się do stanu wrzenia.
Kagami warknął pod nosem, gdy zęby Aomine
zaciskały się na jego skórze na zmianę z muśnięciami ust i języka.
Deszcz nieprzerwanie stukał o szybę i
parapet. Tylko westchnienia, szelest ubrań i pościeli mąciły ciszę w pokoju.
Niemal odcięci od świata wspinali się wciąż wyżej i wyżej po szczeblach
pragnienia i rozkoszy.
Patrząc w oczy pochylającego się nad nim
Aomine, Kagami stwierdził, że dobrze uznał, że nigdy wcześniej się nie kochali,
bo teraz… teraz… Czuł, jak gorąco wypływa na jego policzki, a usta Daikiego
rozciągnęły się w uśmiechu, w którym rozbawienie, złośliwość i jakaś miękka
nuta mieszały się ze sobą. Dotknął ustami jego zaczerwienionego policzka,
poruszając się wolno i drażniąco, a z ust Kagamiego uleciało ni to westchnięcie,
ni to jęk. Leniwy, bujający rytm sprawiał, że brakowało mu tchu, nie miał czym
oddychać, gorączka wypalała go od środka. Gorący, świszczący oddech Aomine
parzył go w szyję, a zapach jego włosów, jego skóry niemal wwiercał mu się w
nozdrza i budził w nim gorące pulsowanie.
Jeszcze chwila, jeszcze tylko trochę…
Niecierpliwe wargi Aomine odnalazły jego, a
dłonie splotły się w pościeli.
Zaraz przekroczy krawędź…
Spełnienie rozbłysnęło pod jego powiekami,
jak potężna eksplozja nieporównywalna z niczym, co przeżył wcześniej. Ocknął
się dopiero po chwili, czując, jak ciepłe ciało Aomine przyciska go do
materaca.
- Nie wierć się – burknął Daiki.
- To złaź – powiedział, próbując ułożyć się
wygodniej.
- Ani mi się śni.
- Kretyn.
- Też cię kocham.
Kagami zerknął w dół na rozczochraną
czuprynę spokojnie leżącą na jego piersi.
- Zmarzniemy.
- Nosz cholera – syknął pod nosem,
podnosząc się i sięgając po koc. – Aleś ty marudny. – Pokręcił głową
przykrywając ich i układając się wygodnie. Uśmiechnął się szeroko, zerkając na
Kagamiego.
- Czujesz się przekonany do zrobienia tego,
co wymyśliłem? – wyszczerzył się.
Taiga poczuł, że zapowietrza się z
oburzenia. Co za… Co za… Jasna cholera!
- Spierdalaj, kurwa mać, nie jestem
robotem, debilu – warknął, zrzucając go z siebie i obróciwszy się tyłem, owinął
się w koc.
Aomine zaśmiał się ubawiony, wsuwając się
pod przykrycie.
- Żartowałem, nie spinaj tak – zamruczał w
jego szyję, obejmując go w pasie i palcami sunąc po twardym brzuchu.
- Spadaj, z tobą to cholera wie, co ci łazi
po tym pustym łbie – fuknął.
- Wieeele ciekawych rzeczy, może chciałbyś
posłuchać?
- Nie, dzięki, wystarczy, że testujesz na
mnie wszystko, o czym pomyślisz, nie chcę tego jeszcze słuchać.
Daiki zatrząsnął się ze śmiechu,
przywierając jednak bez słowa do jego pleców.
Kagami westchnął ciężko. Skazał się na
życie z niewyżytym zboczeńcem, lepiej być nie mogło. Tylko do cholery, dlaczego
mu to nie przeszkadza?