Pokazywanie postów oznaczonych etykietą One-shot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą One-shot. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 września 2012

Wojna. [Naruto]


Tekst powstawał przy wielu utworach. Polecam słuchać zwłaszcza Skillet – Hero. Ale może być też Skillet – Monster, 30 Seconds to Mars – Hurricane czy Evanescence - Lost in Paradise.

 ~*~

Wojna nie zna litości. Czy jest to bohaterska walka o wolność, pełna honoru i poświęcenia, czy podstępna, brudna napaść na niewinnych, rezultat jest zawsze ten sam. Są zwycięscy i są pokonani. Są żywi i są umarli.
Wojna niesie ze sobą pożogę i śmierć. Zniszczenie i krew.
Walkę.
Trzeba wiedzieć, w jakiej walce uczestniczyć, bo za każde zwycięstwo trzeba zapłacić. Zwykle najwyższą cenę.
Tego nikt nie uczy. Program szkolenia shinobi nie obejmuje w swoich ramach zalanych krwią ulic, krzyków zabijanych dzieci, płaczu matek, ludzi wymiotujących własnymi wnętrznościami… Praca ninja jest cicha i podstępna. Ninja nie ogląda się za siebie, podrzyna gardło i pędzi dalej. Shinobi są najemnikami, wilkami, którzy rzadko kiedy łączą się w większe grupy. Tacy jesteśmy. Regularne, otwarte wojny są dla nas rzadkością. W naszej pracy więcej jest politycznych gierek i machlojek, puczów i przekrętów, niż walki ramię w ramię, miecz w miecz. Wielki Kami, nawet nasze miecze nie nadają się na wojnę! Mamy cały arsenał broni skonstruowanej specjalnie, by zabijać ludzi – po cichu, bez zapachu, bez litości, podstępnie jak czająca się żmija. Rozliczne trucizny i mieszanki oszałamiające. Igły, igiełki, strzałki, dmuchawki, by zabić, by oszołomić, by wprowadzić w stan pozornej śmierci lub bezszelestnie i bez rozgłosu przeprowadzić na drugą stronę. Zabójcy cisi, wyrafinowani, w nieskazitelnie białych rękawiczkach. Ale wojna?
Jeszcze kilka tygodni wcześniej obśmiałbym się na stwierdzenie, że ninja mogliby uczestniczyć w otwartej wojnie. Ale klika tygodni temu jeszcze nic nie wiedzieliśmy o zbrojeniu się Madary i całego Akatsuki. Nie wiedzieliśmy nic o oddziałach planujących siłą i przemocą wedrzeć się do naszej Wioski, niszcząc nasze domy, zabijając nasze dzieci. Nieświadomość ma jednak to do siebie, że jest w brutalny sposób rozwiewana. Nasza nie została rozwiana. Nasza została przemocą rzucona o gruby beton i roztrzaskana w drobny mak.
Przez tygodnie trwało gorączkowe zbrojenie naszych oddziałów do otwartej walki. Niekończącymi się dniami próbowano pertraktować ze sojusznikami, dniami i nocami sprowadzano broń.
Ile mieliśmy czasu? Tydzień? Miesiąc? A może dwa dni? Ile mamy czekać z ewakuacją ludności, tak, by nie brakło w górach jedzenia i wody?
Z dnia na dzień obserwowałem, jak twarz Tsunade, napięta i niewzruszona niczym granit, powoli pęka i sypie się jak piasek, pozostawiając zmęczoną, zrozpaczoną kobietę. Przyglądałem się ciemniejącym sińcom przemęczenia pod przekrwionymi oczami Shikamaru, napiętym plecom Hyuugi, który nie spał po kilka nocy z rzędu, pilnując snu innych, krwawiącym dłoniom Lee przygotowującego najmłodszych do choć podstawowej samoobrony. Blada ze zmęczenia od przeczesywanie cudzych umysłów Ino zataczała się, gdy nikt nie patrzył. Ze ściśniętym sercem oglądałem codzienną bieganinę Hinaty, od szpitala do przewoźników medycznych i z powrotem, która starała się nie patrzeć, jak upartej Sakurze coraz ciężej jest pomagać, jak jest stan, skądinąd błogosławiony, daje jej coraz bardzie we znaki.
W takich momentach zawsze czułem mokry, lodowaty nos Kyuubiego dotykający mojego brzucha gdzieś od środka, nagląco i ze złością. Futrzak źle znosił moje zdenerwowanie, co obwieszczał mi pełnymi frustracji warknięciami i zawirowaniami chakry, przez co mało nie wystraszyłem kilku shinobi na śmierć. Ale wiedziałem, że Lisi demon nie denerwuje się tylko z mojego powodu. Wiedział, że idą po niego i wiedział, że z nikim nie będzie mu tak dobrze jak ze mną, pasożyt jeden. Trzymał się mnie kurczowo i jeżeli jednego mogłem być pewien w tej zbliżającej się wojnie to tego, że dobrowolnie nie da mi umrzeć. Co za paranoja, nigdy bym nie pomyślał, że jedynym pewnikiem w moim życiu będzie kiedykolwiek ta pełna nienawiści, krwiożercza bestia. Życie potrafi zaskakiwać.
Lecz o ile ja całe życie gotowy byłem na śmierć i o ile miałem pomoc w postaci Dziewięcioogoniastego, to byli tacy, którzy nie mieli nic, prócz nas.
Oddziałów shinobi nieprzystosowanych do walki na ubitej ziemi.
Ale pędzącej maszyny Losu już nie dało się zatrzymać. Można tylko poddać się jej biegowi i przygotować na zbliżający finał, który z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień pęcznieje w sercach nas wszystkich. To widać w oczach. We wszystkich mijanych oczach.
Ludność cywilna ma w oczach strach, pierwotne przerażenie wojną i cierpieniem, drżą, zastanawiając się, czy uda się przeżyć im i ich rodzinom.
W oczach shinobi jest przygnębienie. Czy właśnie patrzę w oczy kamrata, który zginie? Czy właśnie patrzę w oczy wieloletniego partnera, który przyjmie na siebie cios za niewinne dziecko? Za swojego współmieszkańca? Za swoją dumę? Za swój honor? Za swoją butę? Czy zginie osłaniając mi plecy? Czy zginie tuż przy moim ramieniu? Czy zginie z mojego powodu? Czy zginie brzydką śmiercią zapomnianych bohaterów, gdzieś na brudnej ulicy, wykrwawiając się na śmierć, wymiotując własną krwią…
W wojnie nie ma nic pięknego. Nic bohaterskiego. Nic zasługującego na chwałę.

Sekretna strona mnie.
Nigdy nie pozwolę ci jej zobaczyć.
Trzymam to na uwięzi, ale nie mogę tego kontrolować.
Wiec trzymaj się ode mnie z daleka, bestia jest brzydka.
Czuję wściekłość i nie mogę jej zatrzymać.

- Wszystkie oddziały są gotowe, by wyruszyć.
- Dobrze, bardzo dobrze.
- Gotowe? – Kisame roześmiał się chrapliwie i ironicznie. – Te świrusy drżą na myśl o czekającej ich jatce. I nie mam tu na myśli strachu. – Roześmiał się ponownie.
- Tym lepiej. – Uśmiech pojawił się za maską mężczyzny. – Zaatakujemy przed świtem. Nie ma sensu dłużej czekać. Wszyscy nasi sprzymierzeńcy już są.
Głośny, brzydki rechot Kisame rozbrzmiał w nocnej ciszy.
Kucający na konarze drzewa, niemal wciśnięty w pień shinobi, zadrżał. Przed świtem, będą przed świtem… Ile… Musi widzieć… Jeszcze trochę, zaraz usłyszy, a wtedy… Szarpnął się gwałtownie, gdy czyjaś ręka przysłoniła mu usta, a ramię, niczym żelazna obręcz, zacisnęło się w pasie.
- Ciiii… - usłyszał ninja tuż koło ucha. Potoczył w panice oczami, próbując dostrzec napastnika. Po policzku połaskotały go ciemne włosy i wtedy zobaczył kątem oka… Krwistoczerwone tęczówki były czujne, chłodne, analizujące… O Kami… To był Uchiha. Zdrajca. Morderca. Bratobójca. To był…
- Uciekniesz – szeleszczący szept ponownie rozbrzmiał tuż przy uchu ninja. – Nie ryzykuj więcej, zabiją cię. Zrozumiałeś? – Szarpnął shinobim. – Pytam, czy zrozumiałeś?
Ninja pokiwał skwapliwie głową.
- Idź. Nie zatrzymuj się nigdzie, bo cię zabiją – ostrzegł, uwalniając go z chwytu.
Shinobi zniknął. Pędził przed siebie, jakby goniła go sama śmierć. Musi dotrzeć. Musi zdążyć. Musi ostrzec. Wie, że nie może zmarnować takiego daru losu.
Sasuke przez chwilę patrzył w miejsce, gdzie zniknął ninja Konohy. Kretyn. Niech się cieszy, że uratował mu dupę. Teraz tylko odczeka…
Nawet nie drgnął, gdy koło niego z rumorem pojawił się Kisame. Zmierzył go chłodnym spojrzeniem.
- Uchiha… - Kisame wyszczerzył się brzydko. – Myślałem, że to jakiś szczur.
Sasuke nie odpowiedział. Nie miał mu nic do powiedzenia, jego spojrzenie pozostało milczące i wyniosłe.
- Nie czaj się tak, mały Uchiha, bo następnym razem mogę nie zdążyć się pohamować i pozbawię cię głowy. – Jego uśmiech stał się jeszcze paskudniejszy, ukazując w pełni ostre zęby.
Sasuke uśmiechnął się tylko ironicznie, odwracając się i idąc przed siebie. Nie zaszczycając Kisame bodaj jednym słowem.
- Pieprzeni Uchiha – dobiegło go jeszcze pełne złości przekleństwo.

To tylko kolejna wojna
Tylko następna rozdarta rodzina
Upadek mojej wiary dziś
Krok dzieli mnie od krawędzi
Po prostu kolejny dzień w świecie, w którym żyjemy

- Przybył zwiadowca! – Tenten z rozmachem wpadła do gabinetu Tsunade, w której była teraz główna baza dowodzenia. Zebrani unieśli głowy znad map, patrząc na nią w oczekiwaniu.
- Jakie wieści? – spytał Shikamaru.
- Jest źle – wysapała zmachana, kiwnięciem głowy dziękując Neji’emu za butelkę wody. – Przed świtem. Będą tu przed świtem.
Przez chwilę panowała cisza. Noc. Przed świtem… Wszystko rozstrzygnie się właśnie wtedy. Będą żyć, albo zginą. Pokonają wroga, albo polegną zmiażdżeni jego siłą. Jedno nie podlegało wątpliwości – będą walczyć.
Rozkazy, instrukcje, polecenia posypały się jak grad. Ninja kłaniali się, wychodzili, trzaskali drzwiami, przerzucali się hasłami i wytycznymi.
Tenten opadła na kanapę pod ścianą. Tylko chwila, momencik, odsapnie i przyjmie swoje zadania. Tylko chwila… Uniosła wzrok na stojącego przed nią Hyuugę.
- Masz, pigułka wzmacniająca. Jesteś przydzielona do ewakuacji cywilów.
Tenten kiwnęła głową, patrząc prosto w oczy Neji’ego, które nigdy nie były tak wymowne, tak pełne, tak jasne i tak otwarte. Wojna… Wojna robiła z ludźmi rzeczy, do których normalnie nigdy by się nie zmusili, na które nigdy by się nie zdecydowali…
Wzięła z jego rąk pigułkę. Przytrzymał jej dłoń dłużej niż musiał.
Zrozumiała.

Potrzebuje bohatera, aby mnie teraz ocalił
Potrzebuje bohatera, aby ocalił moje życie

- Shikamaru, co z pomocą? Co z sojuszami? – spytała Hinata, zaciskając dłoń na ręce Naruto. Uzumaki zacisnął swoje palce na jej w geście otuchy, patrząc wyczekująco na Narę.
- Nic. Nie ma wieści. – Pokręcił głową, patrząc na nich poważnie. – Zostaliśmy sami.
- Nie wierzę – powiedział pewnie Naruto. – Nie zostawiliby nas. Gaara nigdy by…
- Gaara ma swoje problemy – przerwał mu Kakashi. – Własne potyczki na granicach z rebeliantami, podburzonymi i opłaconymi przez Akatsuki. Ich lider, Naruto, nie jest idiotą, wiedział, co robi. Gaara nam nie pomoże.
- A reszta? Co z resztą? – spytała Ino.
- Tak jak z Suną, żadnych wieści. – Nara pogrzebał po kieszeniach w poszukiwaniu papierosów. Koniecznie musiał zapalić. – Nie wiemy, czy wiadomości dotarły, czy nie zostały przechwycone. Posłańcy nie wrócili.
- Zostaliśmy sami – odezwała się Tsunade, która do tej pory siedziała w milczeniu na swoim fotelu. – I sami odeprzemy ten atak.
- Hokage – zaczął Shikamaru z miną, która jasno świadczyła o tym, co mężczyzna myśli o ich szansach. Tsunade uniosła dłoń, nakazując mu milczenie.
- Wierzę w nas, wierzę w naszych ludzi. Może nie pokonamy ich, ale zabijemy ilu się da, nie damy swoich skór za darmo. To jest nasza Wioska. To jest nasz dom. Dom! Nie oddamy go za darmo. Jeżeli go chcą, to niech go nam wydrą – dokończyła z naciskiem i siłą przywódcy.
- Tak jest! – rozległo się potwierdzenie shinobi gotowych robić wszystko, by chronić swój dom.
- Naruto – zwróciła się do Uzumakiego, ale ten jej przerwał.
- Nie proś. Nie proś mnie, bym nie walczył. – Pokręcił poważnie głową. – Nie zrobię tego. Chowanie się nic nie da. A moc Lisa będzie nam potrzebna w tym starciu. - Zacisnął dłoń na podkoszulku w miejscu pieczęci. – On też będzie walczył. Z nami.
Przez chwilę patrzyli sobie z Piątą w oczy, po czym kobieta westchnęła i kiwnęła głową.
- Dobrze, rób jak uważasz. Do roboty!
- Tak jest!

Muszę dzisiaj walczyć
Aby dożyć następnego dnia
Moje myśli mówią dzisiaj
Muszę stawić opór
Ale jestem tylko człowiekiem

Odbił się od konara, dostrzegając między rzednącymi gałęziami zarysy muru. Wreszcie. Trzeba się pospieszyć, zostało tak mało czasu. Niebo traciło z wolna granat nocy. Jest jeszcze trochę czasu, ale musi się spieszyć. Przystanął na linii, gdzie kończyły się drzewa, opierając się o pień. Rubinowe tęczówki omiatały teren. Dobrze, tylko trzech wartowników. Jednym susem znalazł się przy murze i wspiął się po nim. Bezszelestnie oszołomił wartowników i ruszył dalej. Trzeba się pospieszyć, jak najszybciej odnaleźć…

Kto będzie walczył za słabych
Kto sprawi by uwierzyli
Bohater nie obawia się poświęcić swojego życia
Bohater ocali mnie dokładnie na czas

Cholera, cholera, cholera. Bycie ninja i zarazem kobietą jest koszmarnie… niepasujące.
Sakura przystanęła, masując bolące krzyże. Szlag, jakżeby chciała być teraz w pełni sprawna.
- Spokojnie, kochanie, nie denerwuj się. – Pogłaskała dłonią brzuch. – Wszystko już niedługo będzie dobrze. W każdym razie musimy w to wierzyć, uf…
Robiła ostatni obchód, by sprawdzić, czy o nikim nie zapomnieli, czy wszyscy są już bezpieczni w górach, albo tam właśnie zmierzają z ostatnia partią ludności. Oczywiście nie obyło się bez pieklenia Naruto, żeby sobie odpuściła i schroniła, że w jej stanie nie może, nie powinna… A właśnie, że powinna! Chociaż tyle może zrobić. Nie może z nimi włączyć, ale nie zamierza jako pierwsza chować się w bezpiecznym miejscu, jest ninja, do licha! Jej obowiązkiem jest chronić ludność, nikt jej tego nie zabroni, nikt jej nie będzie powstrzymywał, nikt…
Szybki, regularny stuk butów o bruk ulicy. Głośny świst… Nie zdążyła nawet dobyć broni. Czyjeś ręce oderwały ją od ziemi, wciskając ją w swoją pierś. Co do diabła…
- Tyyyy… - Zrobiła wielkie oczy, gdy uniosła głowę i dostrzegła znajomą, choć tak długo niewidzianą twarz.
- Niczego nie próbuj – warknął Sasuke, nie przestając biec.
- Co ty tu robisz?! – syknęła. – Ty zdrajco, ty…
- Przymknij się – nakazał. – Albo sam cię zamknę. Będziesz się darła potem, teraz nie ma na to czasu. – Zgrabnie przeskoczył nad niskim murkiem jakiejś posesji.
- Co ty w ogóle wyrabiasz?
- Ewakuuję cię – wyjaśnił, przekraczając w biegu bramy dzielnicy Uchiha.
- Słu… Słucham? – zdębiała.
- Jesteś kretynką, czekałabyś dopóki by się nie zjawili, zamiast od dawna siedzieć w schronie. Jak Uzumaki w ogóle mógł na to pozwolić? – warknął z wściekłością, przeskakując ogrodzenie rezydencji.
- Naruto… A co ciebie to w ogóle obchodzi?! Co ty tu robisz? – warknęła, łapiąc go za ramię, gdy postawił ją na ziemi. Złapał ją boleśnie za dłoń, którą sięgała po kunai.
- Robię wszystko, żebyś przeżyła – wycedził, mrużąc ze złości oczy.
- Po co, co ciebie to…
- Nosisz w sobie dziecko mojego brata. – Potrząsnął nią. – Nosisz moją rodzinę. Obiecałem mu… Zamknij się, zamknij się po prostu! – zawarczał, puszczając ją gwałtownie i podchodząc do małego, murowanego budynku na tyłach rezydencji. Jednym cięciem katany pozbawił drzwi kłódki. Pchnął drzwi i pociągnął zszokowaną Sakurę za sobą.
- Skąd wiesz? – spytała na wydechu.
- Powiedział mi – odpowiedział, ciągnąc ją w dół po schodach. – I przymknij się.
- I obiecałeś mu… - próbowała go zmusić do wyjaśnień.
- Że zadbam, by dziecku nic się nie stało. Żeby… wam się nic nie stało – mruknął, zapalając chakrą pochodnie na ścianach tunelu.
Parsknęła.
- Cudownie. Obiecujesz bratu, że będziesz chronił jego dziecko i kochankę, a potem zabijasz? No genialnie – zaśmiała się nieco histerycznie.
Plecy idącego przed nią Sasuke wyraźnie zesztywniały.
- On był chory – powiedział dobitnie.
- Wiem – mruknęła. – To nie zmienia faktu, że nie powinno cię to nic obchodzić. Potrafię sobie radzić sama!
- O tak, jasne, włócząc się po wiosce, gdy wszyscy wiedzą, że lada moment wkroczą tu oddziały wroga – parsknął ironicznie.
- A co ciebie to interesuje? – warknęła ze złością, przystając. – Co ciebie to obchodzi? Zawsze gdzieś miałeś obietnice! Co cię obchodzę, co cię obchodzi moje dziecko, co cię…
Sapnęła, gdy Sasuke obrócił się błyskawicznie, przypierając ją do ściany. W jego oczach wirował szaleńczo sharingan.
- Zamknij się, po prostu się zamknij – wychrypiał. – To jest też dziecko Itachiego, to… - Dotknął jej policzka, po czym prychnął rozdrażniony i puścił ją, podążając znów korytarzem.
Sakura z trudem łapała powietrze.
- Pospiesz się! – zawołał Uchiha.
- Gdzie… gdzie my w ogóle idziemy? – spytała, doganiając go.
- Nasz klan miał swoje przejście w góry. Starszyzna się o to postarała. Zawsze byliśmy dobrzy w dbaniu o swoje interesy – parsknął. – Nasza część jest połączona z tą należącą do wioski. Mamy też źródło wody. Jeżeli coś by poszło źle… – Zatrzymał się i zacisnął palce na jej ramieniu. – Jeżeli będzie źle, przeżyjecie. Jest stąd wyjście po drugiej stronie gór, Konoha o tym nie wie. Wyprowadzisz ludzi, jeżeli coś pójdzie nie tak.
- Sasuke… - Jej głos zadrżał. – Ty…
- Pamiętaj. Trzeci tunel. – Mocniej zacisnął palce na jej ramieniu, patrząc jej nagląco w oczy. – Jeżeli będzie źle, trzecim tunelem wyjdziecie z gór. Rozumiesz?
Pokiwała tylko głową o nic już nie pytając.

Powiedz, czy zabiłbyś, by zachować życie?
Powiedz, czy zabiłbyś, by udowodnić swoje racje?
Zniszcz, zniszcz, spal, niech to wszystko spłonie
Ten huragan wciąga nas wszystkich pod ziemię

Oddziały Akatsuki przyniosły ze sobą to, co niesie ze sobą wojna.
Śmierć.
Brud.
Chaos.
Krew.
I jeszcze więcej śmierci.
Niebo dopiero zaczynało szarzeć, gdy pierwsze wybuchy i odgłosy walki wryły się w ciszę. Napastnicy nie mieli żadnej litości i żadnych zahamowani. Zabijali bestialsko i bezlitośnie.
Ale shinobi Konohy walczyli.
Z całych sił i całą swoją mocą. Jeżeli nie mogli wygrać, trzeba było zabrać ze sobą jak najwięcej wrogów. Jeżeli przelali naszą krew, ich krew trzeba było przelać po trzykroć.
Jednak szturm wrogich oddziałów był silny i nieubłagany. Przedzierali się przez wioskę niczym taran. Trzeba było zarządzić odwrót…

Nieważne, na ile sposobów umrę, nigdy nie zapomnę.
Nieważne, ile żyć przeżyję, nigdy nie będę żałować.
Jest ogień w tym sercu i bunt, który zaraz eksploduje w płomieniach.

Przyciskając gazę do rozbitego czoła, Naruto omiatał spojrzeniem jaskinię, w której się schronili. Medycy uwijali się przy rannych, ninja szukali swoich partnerów i braci.
Zyski i straty.
Kto przeżył, a kto zginął. Czyja krew na zawsze wsiąkła w ziemię ich Wioski.
- Nie, nie, zajmij się innymi, ze mną w porządku. – odmówił udzielania sobie pomocy przez jakąś młodą medyczkę. Jemu nic nie będzie, Lis się zaraz wszystkim zajmie, to tylko trochę krwi. Tylko trochę krwi. Ta na sercu była gęściejsza, rana boleśniejsza.
Hinata opatrywała głowę Shikamaru. Sama miała paskudne poparzenie na policzku, a Naruto, gdy tylko je widział, czuł, jak rozsadza go gniew. Gniew i uczucie. Ciepłe uczucie miłości. Tak myślał, że to miłość. Że tak właśnie ona smakuje. Że to właśnie się czuję. Bo jeżeli to nie miłość, to już Naruto nie wiedział, co to jest, nie wiedział, co to miłość, jeżeli to nią nie było. Nie wiedział wtedy, co kryło się za podaniem drugiemu butelki wody, co było w uśmiechu wdzięczności Kiby i spojrzeniu Ino. Jeżeli to nie była miłość, to nie wiedział, co kryło się za gderaniem Tenten, która owijała bandażem ramię Neji’ego i co kryło się za jego posykiwaniem i burknięciami, żeby dała mu spokój, bo przecież nic mu nie jest.
Nie, on wiedział, że to musi być to…
- Naruto – zmartwione, ale pełne siły spojrzenie Hinaty spoczęło na nim, jej dłoń odnalazła jego.
- Kocham cię, Hinata – powiedział zaciskając palce na jej, małych i drobnych.
… to musi być miłość.
- Naruto – zamrugała szybko, a on widział zabierające się łzy.
- Haha, wiem, w porę – zaśmiał się, drapiąc się z zakłopotaniem w głowę. – Ale po prostu… Musiałem… - Pogłaskał ją po zranionym policzku.
- Ja też, Naruto, też cię kocham. – Uniosła się na palcach i przycisnęła usta do jego ust, ciepłych, spierzchniętych, czując duszącą wilgoć zbierającą się w gardle i oczach.
Ciche chrząknięcie.
- Sorry, że przerywam w takiej chwili – zaczął Shikamaru, drapiąc się po głowie. – Ale Naruto, trzeba ruszać…
- Tak. Tak, chodźmy.

Potrzebuje Bohatera, aby mnie ocalił teraz
Zamierzam walczyć o to ,co słuszne
Potrzebuje Bohatera
Kto pomoże nam przetrwać
Potrzebuje Bohatera
Kto będzie walczył za słabych
Kto sprawi by uwierzyli
Potrzebuje Bohatera
Potrzebuje Bohatera
Bohater ocali mnie
Dokładnie na czas


Wilcza godzina. Zawieszenie między nocą a dniem. Ten moment równości, ten moment zetknięcia się dwóch światów.
- Świta – powiedziała Tenten, zaciskając w ręce kunai.
Wszyscy zdolni do walki ninja wyszli z dających schronienie jaskiń. Ostania walka. Teraz, w promieniach dnia, albo zginą, albo wygrają. Trzeba walczyć. Ale na razie, jeszcze w tej ulotnej chwili, stojąc na wzniesieniach i skałach, patrzyli na budzący się dzień, na walczące z nocą słońce, które przebijało się przez drzewa i mroki, by oświetlić Wioskę, ich ziemię splamioną ich własną krwią.
- Świt niesie nadzieję – mruknął Naruto, nie odrywając spojrzenia od kłębiącego się złota połyskującego na horyzoncie.
- Nie chcę psuć nastroju – zaczął z westchnieniem Shikamaru – ale o świcie zwykle ścinali złoczyńców.
- Przymknąłbyś się raz na jakiś czas, Nara, naprawdę. – Kiba wywrócił oczami.
Świst i szelest. Stuk butów. Wszyscy z rosnącym zdumieniem i szokiem patrzyli na przybysza, który stał kilka kroków od nich. Szum niedowierzania przemknął przez zebranych shinobi.
- To ty… Uchiha – wysapał Inuzuka, cofając się o krok.
- Co ty tu robisz? – warknęła Ino.
Takich głosów było wiele, ale Sasuke nie zwrócił na nie uwagi. Jego wzrok szukał kogoś innego. A gdy znalazł, poczuł… Nie do końca wiedział, co, ale było… lepiej…
- Sasuke – wyszeptał Naruto, nie odrywając spojrzenia od byłego przyjaciela. Oczy Uchihy pociemniały, usta straciły poważną kreskę.
To było najlepsze, najlepsze w Naruto, on nigdy nie pytał, nigdy, Naruto po prostu zawsze wiedział. Zawsze wszystko wiedział, nie pytając.
Uzumaki sięgnął do kieszeni munduru, po czym wyciągnął rękę przed siebie. Sasuke wziął z jego dłoni opaskę i zawiązał na czole. Znak Konohy zalśnił w pierwszych promieniach wchodu.
- Zawsze wiedziałem – wyszeptał, mocno, po bratersku ściskając tego cholernego drania.
- Przygotujcie się. Oni się zbliżają – powiedział Sasuke, razem z Naruto podchodząc do reszty shinobi.
- Wiemy – odezwał się Kiba, krzyżując ręce na piersi i uśmiechając się ironicznie. – Stawiam setkę, że Haruno cię zabije, jak cię zobaczy.
- Sakurcia – zaczął ze śmiechem Naruto i zamarł. – O cholera… Sakura… Zapomniałem, zapomniałem! Widział ją ktoś? Szlag, a mówiłem tej babie, żeby nigdzie nie szła!
- Uspokój się, młotku, jest bezpieczna – westchnął Sasuke.
- Tak? O rany, całe szczęście – odetchnął. – A skąd wiesz? – spytał podejrzliwie.
- Zgadnij – prychnął. – I jak widzisz, Inuzuka, jeszcze żyję.
- Jeszcze – wyszczerzył się Kiba.
Shikamaru oderwał spojrzenie od przyjaciół, czując, jak coś go ciągnie za nogawkę.
Łasica…
Łasica? Co tu robiła łasica?
Cholera… łasica..
Nara wbił wzrok w horyzont.
- Są… - wymamrotał – Idą, cholera, patrzcie tam. – Wyciągnął przed siebie rękę, pokazując innym to, co sam już dostrzegł, co nadciągało wraz ze świtem…
- Suna – szepnął z radością Naruto. – Wiedziałem! Mówiłem, że Gaara nigdy by nas nie zostawił!
- Oczywiście, że nie – rozległo się czyjeś prychnięcie. Temari z ironią patrzyła na nich. – A jak ktoś śmie wątpić, niech wystąpi, a osobiście mu nakopię.
- Matko, co za baba, co za irytująca baba – odezwał się z uczuciem Nara, patrząc jakoś tak miękko na kobietę. Temari uśmiechnęła się i jednym skokiem znalazła się w ramionach Shikamaru omal ich nie przewracając.
- To co? – spytał Naruto z iście lisim uśmiechem. – Ruszamy?
Sasuke uśmiechnął się szeroko. A inne uśmiechy pojawiały się coraz częściej. Nadzieja. Wraz ze świtem przybyła nadzieja, dodająca otuchy i siły.
Nadzieja.
- Tak jest!

________________
Wykorzystane teksty pochodzą z następujących utworów:
Skillet – Monster
Skillet – Hero
30 Seconds to Mars – Hurricane
Tłumaczenia zostały zaczerpnięte ze strony tekstowo.pl

poniedziałek, 3 września 2012

Schowek. [AoKise]

Black, wszystkiego, kurna, dobrego z okazji powrotu do szkoły hjehjehje! XDD
Przez ciebie do pierwszej w nocy nie dali mi spać i spisywałam dialogi w telefonie! No, ale masz, specjalnie dla ciebie AoKise!
Jakieś zjawiskowe to nie jest, ale dobre i to na początek, nie?

W każdym razie już raz pisałam tego typu miniaturkę i zdecydowanie mi się spodobało.
Rzecz się ma następująco.
Aomine i Kise jak każda para mają swoje wzloty i upadki. A że robiło się niebezpiecznie dla otoczenia, dobrzy przyjaciele postanowili im pomóc rozwiązać problemy i zamknęli delikwentów w małym, ciemnym i ciasnym schowku, a żeby sobie wszystko wyjaśnili. No i właśnie…

~*~

- …
- …
- Długo zamierzasz tak milczeć?
- …
- Najwyraźniej długo…
- …
- Rany, rany, ale baba z ciebie, Kise.
- Spadaj.
- Mówisz. Miło cię słyszeć.
- Spierdalaj.
- Brzydko mówisz, brzydkooo.
- Spier-da-laj!
- Ała, nie kop mnie, do cholery!
- To się zamknij!
- To przestań zachowywać się jak pieprzony babsztyl!
- Nie jestem babsztylem, ty pomyłko genetyczna!
- Kise.
- Pocałuj mnie gdzieś!
- O co ci, do diabła, w ogóle chodzi?
- O gówno. Nie artykułuj w moją stronę.
- Zaczynasz mnie wpieniać!
- Ty mnie wpieniasz od dawna! Przymknij się, nie mam ochoty cię słuchać!
- Kurwa, Kise, przestań mnie kopać!
- Będę kopał ile mi się podoba… ałaaaaaa… nie w żołądek, barbarzyńcoooo.
- To weź te kopyta z mojej twarzy.
- …
- Kise! Śmierdzą ci skarpety, zabieraj je!
- Moje skarpetki nie śmierdzą!
- Śmierdzą. Przestań się wiercić, do diabła, ciasno tu jak nie powiem gdzie.
- To trzeba było nie rosnąć jak palma!
- Sam jesteś palma!
- Ała, ała, ała, co ty robiiiisz! Aomine zostaw moją nogęęę!
- Zamknij się!
- Kuźwa. Weź te przeszczepy! Nie zamierzam siedzieć między twoimi nogami!
- Zawsze możesz leżeć, hehehehe.
- Ty... Tyyyy! Ughrrrr, nienawidzę cię.
- Uwielbiam twoje płomienne uczucia.
- Zabiję cię!
- Perwersja mile widziana.
- O buddo, z kim ja się związałem...
- Z najgorętszym ciachem na tej planecie.
- A skromność jest ci obca, jak mogłem zapomnieć.
- Po co mamy się oszukiwać skoro to szczera prawda.
- …
- Co ty tam mruczysz?
- Nic. Zostaw mnie.
- Znowu zaczynasz?
- …
- Kise?
- …
- Kise, bo się wkurwie!
- AŁA! Nie wbijaj mi tych paluchów w żebra, imbecylu!
- To się odzywaj, jak do ciebie mówię.
- Nie! Weź ty się od stosunkuj ode mnie!
- Nie zamierzam, bynajmniej. Zamierzam się z tobą stosunkować ile się da.
- …
- No co?
- …
- Kise, na wszystkich pieprzonych bogów, o co ci chodzi?
- Jak jesteś przygłupem, to się nie dowiesz.
- Wkurwiasz mnie. To przez ciebie tu jesteśmy.
- Przeze mnie? PRZEZE MNIE?!
- Oczywiście.
- Ty idź stąd lepiej, bo cię normalnie tak śmignę przez czerep, że nie będzie, co zbierać ałaaaaa… Aomi… Aomine… ty dupku… Żebra…
- Sam jesteś dupa.
- Nie jestem dupa, ty neandertalczyku!
- Obrażasz mnie?
- Australopiteku niewyżyty!
- Obrażasz…
- Ałaaaaa! Będę miał siniakiiiii!
- A bo to pierwszy raz.
- Nie rechocz, kretynie! To nie jest wcale zabawne.
- Jak chcesz, możemy postarać się o te przyjemniejsze…
- Spieprzaj. Nie zbliżaj się do mnie. Nienawidzę cię. Nie dotykaj mnie. Nie mów do mnie.
- No mówiłem, że baba.
- …
- Znowu się nie odzywasz?
- Cały. Czas. Się. Nie. Odzywam.
- Właśnie słyszę.
- …
- …
- …
- Kise?
- …
- Ja pierdole, normalnie jak z jakąś pieprzoną babą. Obrażasz się, o cholera wie co, wkurzasz społeczeństwo, a potem lądujemy w tym pieprzonym pudle.
- To przez ciebie tu jesteśmy.
- Przeze mnie?!
- Oczywiście. To ty warczałeś, gryzłeś, kopałeś, biłeś i wkurzałeś całe otoczenie.
- Bo mnie od tygodnia wyprowadzasz z równowagi!
- I bardzo dobrze! Weź się nie odzywaj do mnie!
- Będę!
- …
- …
- …
- Rany…
- …
- Nie możesz mi jak normalny człowiek powiedzieć, o co ci biega?
- …
- A więc nie możesz. Normalność jest poza twoim zasięgiem.
- …
- …
- …
- Kise, nudzi mi się.
- Idź sobie do tej wywłoki.
- Jakiej wywłoki, do diabła?
- Jeszcze się pyta jakiej! W mundurze! I odchrzań się wreszcie.
- Aaaa, o tę wywłokę ci chodzi... Ma fajne balony. Ałaaa! Uspokój się, postawiła mi tylko drinka. Jakby postawiła coś innego to mógłbyś się zacząć martwić.
- ...
- Kise?
- ... Wyprowadzasz się!
- CO?!
- Gówno. Wyprowadzasz się! Jak tylko stąd wyjdziemy!
- Nie chcę psuć ci wizji, ale zdaje się, że mieszkamy u mnie...
- ...
- ...
- To ja się wyprowadzam. Jutro!
- Skoro tak mówisz...
- ...
- Mogę cię odwiedzać?
- Nie.
- To może ty mnie odwiedzisz? Mam fajne łóżko.
- Niech cię ta wywłoka odwiedza.
- Jaka wywł... A, ta. Wywłoka to wywłoka. Wywłok nie biorę do łóżka.
- Chyba że mają duże balony.
- Ewentualnie.
- ...
- Żartowałem! Nie biorę żadnych wywłok, jestem zajęty.
- ...
- Mam faceta.
- …
- Który strzela fochy.
- Nie strzelam fochów!
- Oczywiście, wcale.
- Ja WYMOWNIE MILCZĘ! A to, że ty tego nie pojmujesz swoim ptasim móżdżkiem, to nie moja sprawa.
- Znowu zachowujesz się jak rozhisteryzowana baba.
- Jak ci nie pasowało, trzeba było sobie znaleźć kogoś innego.
- Kiedyś nie zachowywałeś się, jakbyś miał permanentną miesiączkę.
- Tyyyyy… Aghrrryyy…
- Lepiej nie warcz, bo mnie to kręci…
- Ty masz penisy zamiast mózgu…
- Całkiem możliwe. Dobre penisy nie są złe.
- Zabierzcie mnie stąąąąd!
- A mnie się tu coraz bardziej podoba…
- Ao… Aomine! C-co ty wyprawiasz? Weź… o matko, nie łap mnie tam… A-Aomineee! Odczep się ode mnie, no odczeeep!
- Ała! Pokopało cię? Weź się tak nie rzucaj. Ałaaaaaaaarrrr, moja wątrobaaa, Kise, ty kretynie.
- I dobrze ci tak! Bardzo dobrze! Nie zbliżaj się do mnie! Ja się NIE ODZYWAM DO CIEBIE!
- O co ci…
- Wywłokę sobie macaj, dupku jeden!
- Nie macam wywłok!
- Tak, jasne, dopóki nie mają balonów?
- Tak… Nie! Nie, do cholery! Nie macam ŻADNYCH wywłok.
- Oczywiścieee…
- Ja pierdole. Mam ci to dać na piśmie?
- …
- Nie. Macam. Żadnych. Wywłok.
- …
- Nawet tych z balonami.
- …
- Rany, rany…
- …
- …
- …
- Nudzi mi się.
- …
- …
- Ała! Nie kop mnie!
- Nudzi mi się.
- To się zajmij czymś.
- Nie mogę. Przecież ty się fochasz.
- Trzeba cię oddać na terapię… To się zajmij czymś innym!
- Mam pornosa w tylnej kieszeni, ale cholera, w tej ciemnej dupie nic nie będzie widać.
- Nosisz pornosy w kiesz… Dobra. Nie ważne.
- …
- Nie widzę cię, ale mam wrażenie, że się szczerzysz…
- Nie mylisz się, hehehe.
- Zboczeniec.
- Ale lubisz to.
- Przestań mruczeć. I weź tę stopę! Nie wcis… Ała, kurna, weź ją.
- Hehehe.
- Idiota. Cholera, czekaj, chyba mam odtwarzacz w kieszeni… Klucze… Portfel... Kapselek? Ha! Mam!
- Dawaj go!
- Spadaj, mój! Poczekaj, włączyć go trzeba!
- …
- …
- … Czy on się zachowuje normalnie?
- …
- Kise. Nie bulgocz. Co mu jest?
- Rozładowała się bateria…
- Jasna pała. Kto normalny nosi rozładowany odtwarzacz.
- Odezwał się ten, który nosi pornosy w kieszeni!
- Pornosy się przynajmniej nie rozładowują.
- …
- Nudzi mi się, kurwa!
- Przestań się ciskać, Aomineee.
- A ty jęczeć, bo mi staje nie powiem co.
- Ty niewyżyty zboczeńcu.
- Koniec tego. Wkurzyłem się. Chodź tu.
- Nie! Ałaaa! Zostaw mnie! Wyrwiesz mi stopę popaprańcu! Gdzie z tymi łapami?! Weź się ty… ugh… Rany…
- Kise…
- Nie mrucz! O cholera, ale masz lodowate palce… Won mi z nimi!
- Kiseeeee…
- Powiedziałem nie! Weź. Ty. Się. Ode. Mnie!
- Kiiiiseee…
- Nie gryź mnie… o rany… niżej… Tak!.. Kurwa! Nie! Ja się z tobą już nie zadaje! Nie odzywam się! Wywłoki sobie macaj!
- Nie bzykam żadnych wywłok…
- Aomine, nie gryź mojego ucha…
- Przecież to lubisz…
- Nie… ach… prawda…
- Prrrawdaaaa…
- A ty… wolisz… Jej, o jej… wywłoki!
- Nie prawda. Nie wolę wywłok. Wywłoki mnie nie kręcą. Śmierć wywłokom. Bzykam tylko modelów.
- Modelów?! Ilu?!
- Aktualnie to jednego. Od dłuższego czasu.
- Jednego?
- Jednego.
- I żadnych wywłok?
- Żadnych… Kise, chodź…
- Czekaj! Ach… Mówię cze-czekaj… Nawet jak mają balony?
- Nawet. Kiseee…
- O rany, znowu mruczysz… Cholera…
- Mrrrrrr…
- Czekaj! Czekaj! A jak nas podsłuchują?
- To będą mieć dodatkowe atrakcje.
- Aomine!
- Kise, kurwa, gwałcić! Przymknij się już!
- A-ale… mmmmm….

~*~

Kilka miesięcy później…

- …
- …
- Aomine?
- …
- Aomineeee?
- …
- Aominecchi?
- …
- Dai-chaaaaaan…
- Przymknij się.
- O! Więc żyjesz!
- …
- Aomineeee…
- Czego?
- Mów coś do mnie.
- Nie.
- Obraziłeś się?
- …
- A powiesz mi o co?
- Nie.
- Czyli się obraziłeś?
- …
- Ech, a podobno to ja się zachowuję jak baba.
- Zamknij się. Nie jestem żadną, cholerną babą.
- To o co ci chodzi? Ciskasz się od tygodnia, warczysz, plujesz jadem i znowu wylądowaliśmy w tym głupim schowku.
- Przez ciebie.
- Jakie przeze mnie?! Ja nic nie zrobiłem! W każdym razie nie tym razem.
- Pewnie.
- Cholera. No, o co ci do cholery chodzi? Weź się no!
- Nie wezmę się.
- Dai-chaaan.
- Idź klej się do tego złamasa.
- …
- …
- Jakiego złamasa?
- …
- O jakiego złamasa ci chodzi? Znamy wielu złamasów. I do żadnego się nie kleję, hej!
- To on się klei do ciebie.
- Ale kto? Aomnieeee! Bo ja nie wiem, o co chodzi!
- …
- Nie warcz, bo nic nie rozumiem!
- Jakiego złamasa ostatnio widzieliśmy?
- Ostatnio? Ostatnio nie widzieliśmy żadnego…
- …
- Czekaj… W ostatni piątek?
- …
- Warczysz. A więc tak. Hmm… Hm… Haha… Hahahaha!
- I co cię tak zajebiście bawi?
- Hahaha! Aomine, chyba mi nie powiesz, że chodzi ci o Kasamatsu?
- …
- O matko, a więc chodzi… No weź, zwariowałeś do reszty?! To kolega ze szkoły!
- Kleił się do ciebie.
- Wcale się nie kleił!
- Leci na ciebie.
- Nie leci! JA na niego nie lecę.
- …
- Czy ty… jesteś zazdrosny?
- Nie jestem, kurwa, zazdrosny.
- …
- I z czego rżysz?
- Wcale nie rżę! Śmieję się, degeneracie! Aomine, nie rób sobie jaj, chyba nie myślisz, że ja, że on…
- …
- Oho… więc myślisz.
- …
- …
- Zabiję, gnoja.
- Nie zabijesz. Stróżom prawa nie wolno zabijać.
- To go zamknę w areszcie. A potem mu nakopie.
- Nie możesz nakopywać ludziom bez powodu!
- Mam powód. Klei się do mojego faceta. MOJEGO! To jest moje, a jak jest moje, to się kurwa nie tyka.
- Twoje?
- Moje.
- Nie jestem „tym”, do cholery!
- Ale moim!
- Ja nie mogę, co z ciebie za beznadziejny gość.
- …
- Aomine…
- Nie gadaj do mnie. Mam wizję.
- A jaką?
- Jak flaki złamasa latają pod sufitem.
- Fuuuj, jesteś obrzydliwy.
- Trzeba było nie pytać.
- …
- …
- Szlag. Noga mi zdrętwiała. Ałaaa…
- Kise, do diabła, nie po oczach.
- Ciasno tu!
- No co ty nie powiesz.
- I znowu warczysz.
- …
- Jesteś zły?
- …
- Dai-chan…
- Odczep się.
- Jesteś pewien?
- Kise… Zabierz rękę…
- Ale na pewno?
- Na. Kurwa. Pewno…
- Aominecchi, nie bądź zazdrosny…
- Nie jestem, do cholery, zazdrosny.
- Nie gustuje w złamasach.
- Ale złamasy w tobie.
- Pół świata we mnie gustuje!
- …
- Ale ja bzykam tylko policjantów.
- Ach tak?
- Mhym… Mają kajdanki… I pałki…
- Kise…
- No i co się śmiejesz?
- Nie śmieję. Kontynuuj.
- Nie, bo się śmiejesz!
- Nie śmieję! Wracaj tutaj!
- Jesteś obrażony, co się będę pchał gdzie mnie nie chcą, pf!
- Prawie mi przeszło…
- Prawie?
- Mhym… A jakbyś tak jeszcze raz tą ręką… to już w ogóle.
- Zboczeniec! No i co rechoczesz!
- To nie ja się rzucam na stróżów prawa. Ale zapamiętam sobie te kajdanki.
- …
- Kise, kochanie, czemu milczysz?
- Zastanawiam się, jak stąd uciec.
- Stąd nie da się uciec. Masz mnie, mnie, mnie i jeszcze mnie. Którego wybierasz?
- Żad… AaaaAaaaomnimeeee!…
- Mmmmm…
- O bogowie… Tak! Nie, nie, Aomine, puść…
- Nie.
- O cholera, zimne ręce, zimne ręce, zabieraj je!
- Ciiichoooo…
- Nie mrucz, do diabła, nie mrucz mi do ucha!
- Dlaczegooo?
- Bo… o szlag… Bo… co ja mówiłem?
- Że mam kontynuować.
- Taaak… Nie! Czekaj! Kurwa, nie gryyyź! Ty! Nie rób tego! Aomine! Jak mi zrobisz malinkę, to cię zamorduję!
- Musze oznaczyć moje.
- Nie jestem „tym”!
- Cicho już bądź. Będę gwałcić.
- Przestań…och… cholera…
- Cicho. Gwałcić. A ty stanowczo za dużo kłapiesz.
- C-cze… Mmmmmmmm!